Zamysłem Smith w "Łowcy autografów", według wydawców, była "zabawna opowieść o współczesnym głodzie choćby odprysku sławy, a także o niezauważalnej na co dzień sztuczności świata". Zdanie to jest dowodem na to, że przy wyborze lektury nie powinniśmy się kierować opisami wydawniczym. Bo powieść ta nie przekonała mnie do takiej oceny.
Historia "najdziwniejszego tygodnia życia" Alexa Li Tandema, tytułowego bohatera, średnio bawi i średnio
pozwala na szukanie głębszych sensów. Pewnego dnia bohater budzi się po narkotykowej libacji i odkrywa, że w jego domu w niewyjaśnionych okolicznościach pojawił autograf pewnej gwiazdy. Rzecz pożądana nie tylko przez Alexa, ale też przez innych kolekcjonerów. Od tego zaczyna się pokręcona opowieść o małych, często budzących litość ludziach, z którymi ciężko jest się czytelnikowi identyfikować. Mimo że Smith stara się traktować swoich bohaterów z dużą dozą sympatii. Zamiast porywającej fabuły (na co się zanosiło) powieści brakuje spójności i tempa. Być może sprawiły to zbyt pogmatwane sytuacje czy nie do końca jasne role poszczególnych postaci. Być może natrętna maniera autorki do stosowania niedopowiedzeń. Do tego zamiast mocnego finału mamy niespodziewany koniec , w którym żadna strzelba nie wystrzeliła.
"Łowca autografów" rozczarowuje. Nie ma tutaj nic, czym urzekała jej debiutancka powieść - poczucia humoru, energii, pewnej bezczelności czy choćby dyscypliny narracyjnej. Wydaje się, że autorka zagubiła się w swojej opowieści i ten chaos niemożebnie atakuje też czytelnika. Przez co trudno skupić się na treści i uchwycić, o czym autorka chce nam opowiedzieć. Druga powieść Smith jest zwyczajnie bezbarwna.
Zadie Smith, Łowca autografów, tłum. Zbigniew Batko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2004 (Wydanie II 2011)
Sorokin, trzecia po Pielewinie i Jerofiejewie, ikona wspólczesnej literatury rosyjskiej, znany jest przede wszystkim ze swoich eksperymentów formalnych. „Lód" jest jednak pierwszą powieścią, w której autor przede wszystkim zajął się treścią. Trzeba przyznać, że z niewielką stratą dla samej powieści.
„Lód” napisany jest na poły w konwencji książki sensacyjnej i fantastycznej. Jednak w odróżnieniu od papkowatych produkcji masowych, Sorokin zgrabnie przetwarza w swej powieści wątki mesjanistyczne i ideę nadczłowieka, wtapiając je w dość oryginalną fabułę.
Tajemnicza seksta wybrańców, uwaga: blondynów o niebieskich oczach (tak, tak – prawidłowe skojarzenie), poluje z lodowymi młotami na podobnych sobie. Porwanych poddają okrutnemu testowi, który albo kończy się dla nich przebudzeniem do nowego życia, albo śmiercią.
Sorokin broni się w swoich wypowiedziach przed jednoznacznym odczytaniem tej powieści jako tylko antytotalitarnej, choć takiej interpretacji nie da się uniknąć. Tym bardziej, że drugą część powieści autor osadził w czasach hitlerowskich, a potem stalinowskich. Jednak w „Lodzie” zawarte jest coś więcej. To wnikliwe studiów zbrodni popełnianej w imię mglistych wyższych celów. To także rozpaczliwe poszukiwanie „raju utraconego” w dobie cywilizacyjnego rozbicia.
Lektura „Lodu” nie jest przyjemna. Ma w sobie coś masochistycznego i to nie ze względu na formę, ale nawarstwienie okrucieństwa doprowadzonego niemal do absurdu. Sorokin na zimno pokazuje naprawdę przykry świat. Lektura dla ludzi o mocnych nerwach.
Władimir Sorokin, Lód, tłum. Agnieszka Lubomira Piotrowska, W.A.B., Warszawa 2004
Jest takie powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. I takie było moje wrażenie po lekturze „W Patagonii” Bruce’a Chatwina. Autor miał ambicje stworzyć powieść przygodową, historyczną, reportaż biograficzny, esej… i w sumie nie wiem, co jeszcze. Książka ta wymyka się wszelkim klasyfikacjom i w tym przypadku nie jest to komplement.

Chatwin pomysł na książkę miał świetny – pokazać dziką, egzotyczną Patagonię, która przyciągała awanturników, emigrantów i wyrzutków społecznych. Punktem wyjścia opowieści jest wspomnienie z dzieciństwa - rodzinna historia związana z wyleniałą skórą mylodonta, która zastała znaleziona właśnie w Patagonii. To zainspirowało bohatera, już w dorosłym życiu do wyprawy swoich marzeń w okolice Andów. I od tej pory otrzymujemy mozaikę faktów i mitów. A to o Butchu Cassidym i Sandance’ie Kidzie, a to o samozwańczym królu Araukarii. Spotykamy rosyjskie emigrantki, Niemców tworzących małą Bawarię czy Szkota hodującego oset i żydowskiego anarchistę z Ukrainy. Cofamy się do najwcześniejszych historii z odkrywaniem Ameryki włącznie, by przejść do znacznie bliższej naszym czasom rzezi rdzennych mieszkańców Ziemi Ognistej. Punktem kulminacyjnym wydaje się zaś historia Charlesa Milwarda, od którego wszystko się zaczęło. On to podarował bowiem babce Chatwina wspominaną już skórę myldonta.
Do opisu dodajmy jeszcze łatwość z jaką autor łączy fakty z fikcją i ostajemy świetny materiał na książkę. Tyle tylko, że Chatwin niemiłosiernie tego samograja zamordował. Książka jest poszarpana i nie trzyma tempa. Nie dotyka żadnej prawdy. Nie stawia żadnych pytań, a tym bardziej nie daje żadnych odpowiedzi. Za to czytelnik usilnie stara się zrozumieć, po co autor właściwie napisał tę książkę. „W Patagonii” jest nudna, drewniana i chaotyczna.
Podobno to świetny pisarz. Po lekturze tej książki wysoka ranga Chatwina pozostaje u mnie w zdecydowanie w sferze domysłu.
Bruce Chatwin, W Patagonii, tłum. Robert Ginalski, Świat Książki 2007
No i stało się. Zamiast Zagajewskiego literackiego Nobla otrzymał gigant literatury - Mario Vargas LLosa. A już wydawało się, że na stałe zostanie tylko żelaznym pretendentem do tej nagrody. Sam zainteresowany jest oczywiście zaskoczony wyróżnieniem. Ba, nawet nie wiedział, że werdykt ogłaszany jest w październiku. Zapewne kokieteria, ale w jakże vargasowskim wydaniu.
Właśnie ten kokieteryjny styl, bawienie się czytelnikiem i przewrotne poczucie humoru cenię w powieściach Vargasa LLosy. Lubię jego różnorodność. To, że potrafi on zaserwować doskonale lekką powieść totalną jak „Rozmowa w „Katedrze"". Albo zaskoczyć nas na pozór tylko perwersyjną powiastką erotyczną jak „Pochwała macochy", która na koniec zmienia się tragikomedię. Do tego pisarz doskonale panuje nad konstrukcją swoich dzieł, a przecież lubi je pokomplikować bawiąc się choćby planami czasowymi. Świetnie się sprawdza w rzeczach typowo rozrywkowych, jak i w powieściach zaangażowanych politycznie. Najważniejsze - nie nudzi, nawet jak zdarzy mu się napisać zbyt długą czy miejscami przegadaną książkę (jak dla mnie „ględzenie" jest obowiązkowe w literaturze latynoamerykańskiej).
Dlatego podoba mi się wybór Akademii. Należało się Vargasowi jak psu zupa.
piątek, 18 maja 2012
Licznik odwiedzin: 10 223 (wersja testowa)
Subiektywnik o książkach
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: