bookszpan

Recenzje

Dramat do ostatniej strony

miłość od ostatniego wejrzenia.jpgNie szata zdobi człowieka, nie okładka stanowi o książce. Jednak „Miłości od ostatniego wejrzenia” już od okładki jest źle, a dalej tylko gorzej. Do blurbu wybrano sarkastyczny fragment powieści, który ma przyciągnąć czytelników żądnych skandalu i wulgaryzmów. Tekst raczej miałki i niezbyt zachęcający. Cholernie za to wydumany. Co gorsze, reszta powieści jest w podobnym tym stylu.

Konstrukcją dziełko Rudan przypomina wcześniejsze „Ucho, gardło, nóż”. Widocznie autorka lubi monologować ustami swoich bohaterek. Lubi też, niestety, gmatwać. Strumień świadomości krzywdzonej żony co i rusz zacina się i plącze. Chwianie chronologią i liczne dygresje nie ułatwiają odnalezienia się w tej książce. Do tego dochodzi agresywny język, który w zamiarze miał być pewnie manifestacją wyzwolenia. Jednak technika „na wulgaryzmy” okazuje się mało skuteczna i równie nieprzekonująca. Zamiast prawdziwego dramatu otrzymujemy dramatycznie drażniącą lekturę, którą najlepiej rzucić jak najdalej w kąt.

Rudan lubi głośno krzyczeć. Więcej, rozkoszuje się swoim „skandalicznym” imagem. Szkoda, bo w tej manifestacji zapomniała, że pisze powieść o problemie męskiej przemocy wobec kobiet, a nie wprawkę swoich niecenzuralnych możliwości. Strata czasu.

Vedrana Rudan, Miłość od ostatniego wejrzenia, tłum. Marta Dobrowolska-Kierył, Drzewo Babel 2005