bookszpan

Recenzje

Diagnoza: samotność

Szulkin_Epikryza.jpgWłaściwie nie wiem, czego spodziewałam się po książeczce Szulkina. Dramatu, prozy,  poezji? Chyba wszystkiego po trochu i... to dostałam. Teksty, które składają się na „Epikryzę” z powodzeniem mogą od razu trafić na scenę lub ekran. Jednocześnie, każdy z nich jest zgrabną fabularną całością. Ujawniają też niesamowity słuch autora na słowa, frazy,  ich brzmienie (rytm tych tekstów zdecydowanie wymaga oddzielnego smakowania). Spodziewałam się też zabawy formą. A nawet zbyt dużej zabawy formą. Na szczęście na tym poziomie czekało mnie miłe rozczarowanie. To, co formalnie uprawia Szulkin, jest trafione w punkt. I jeszcze jest treść przy okazji.

A o czym rzecz jest właściwie? O nieznośnej samotności, która doprowadza do obłędu, często dosłownie. O samotności opowiedzianej na trzy oddzielne głosy, które finalnie doprowadzają nas do podobnej diagnozy: na końcu jest przegrana okraszona depresją, porażką, rozczarowaniem. Trzy opowiadania dzieją się w trzech planach czasowych. Pierwszy „Ślimak” rozgrywa się w przyszłości, a bohaterem jest Człowiek bez Właściwości, któremu w życiu nic się za specjalnie nie przydarzyło.  Do czasu pojawienia się Kontrolera, który wydobywa z bohatera tony zgorzknienia, kompleksów i ślepą wiarę w system. Czysty Orwell przerobiony na „Proces” Kafki. Tylko tutaj każdy finalnie spada w upokorzenie.

W „Per procurze”, dziejącej sie obecnie, bohaterką jest aktorka Wieczna Dublerka. Rozhisteryzowany monolog co i rusz rwie się i zacina (stylizacyjne mistrzostwo świata), bo taka jest kondycja kobiety. Tuż przed całkowitym załamaniem. Bo odkrywa, że odgrywany przez nią fałsz, w dodatku uprawiany w zastępstwie innych, lepszych, to fałsz jej pustego, niespełnionego życia.  

Na koniec jest najlepszy moim zdaniem kawałek , czyli „Ucięta głowa czarownicy”. Taka bajeczka osadzonaw XIX wieku o Kajtusiu, który wie, że jesli czegoś mocno zapragnie, to się to stanie. A zapragnął pokazać wszystkim, że nie można go upokarzać. Nie spodziewajmy się dobrego końca. Ale spodziewajmy się zabawy w gombrowiczowskim stylu, ujawniającej się w kolejnych fantazmatach, zmieniajacych się w swoje przeciwieństwo. Doskonałe szaleństwo.

Lektura cokolwiek beznadziejna. Bo o ile nawet Kafka dawał iskierkę nadziei na lepsze, Szulkin nie zawraca sobie takimi "bajkami" głowy.  Groteska, surrealizm i czarny humorek wcale nie łagodzą bezpośredniego uderzenia między oczy, które trzykrotnie serwuje nam autor. Bardzo mocnego uderzenia. Mimo to albo właśnie dlatego warto zajrzeć do „Epikryzy”.

Piotr Szulkin, Epikryza, Korporacja Ha!Art, Kraków 2011